Tygodnik Siedlecki  KULTURA



15 lat w Internecie

1998-2013



 

Jestem wierny sobie...

Rozmowa z Michałem Kurcem, fotografikiem

 

Panie Michale, przyznam, że rozśmieszyły mnie słowa, którymi skwitował pan propozycję rozmowy: "A kogo może interesować, co ma do powiedzenia fotografik z cukrowni" - jak należy to rozumieć? 
-Dosłownie! Moją drogę do profesjonalnej fotografii zaczynałem w klubie fotoamatora działającym przy sokołowskiej cukrowni. Podjąłem wtedy pierwsze życiowe wyzwanie godząc się (jako uczeń technikum!) na rolę instruktora - w tajniki fotografii wprowadzałem niewiele młodszych od siebie uczniów podstawówki, którą dopiero co skończyłem. 
I powiem, że nagle wydoroślałem, bo zdałem sobie sprawę z odpowiedzialności za innych i z tego, że jeśli oni przychodzą się czegoś nauczyć, to ja powinienem poszerzać własną wiedzę, by móc się nią dzielić. 

Chyba jej panu nie brakowało, skoro pierwsze udane zdjęcie wykonał pan jako pięciolatek. 
- A jakaż to była wiedza!? Intuicja raczej... Owszem, frapował mnie aparat mego wuja, którym utrwalał rodzinne spotkania. 

Ukochani Dziadkowie. Rok 1954. Fot. Michał Kurc.

 

Aż zdarzyło się, że kiedyś pozwolił mi zrobić zdjęcie, na którym znaleźli się także moi Ukochani Dziadkowie - mam je do dziś. Ależ to było przeżycie, gdy wreszcie zobaczyłem odbitkę! I to był chyba moment, gdy "wsiąkłem" w fotografię. A miałem o tyle "pod górkę", że długo nie posiadałem własnego aparatu, na który nie było stać moich rodziców. Aż wreszcie Tata odłożył nieco grosza i kupił mi aparat "Druh" - bez futerału, bo tańszy... 

 


... ja zaczynałem od "Zorki" 4... 
-Oj, "Zorka" była o lata świetlne lepsza od prościutkiego "Druha"... 


... a dziś obie te nazwy mówią coś tylko osobom z naszego pokolenia. Co pociągało pana w robieniu zdjęć? 
- Wszystko - od dumy, że mam umiejętności nieznane większości moich kolegów, po chęć jak najlepszego utrwalenia na błonie, a później wykonania dobrej technicznie odbitki będącej zapisem zdarzeń, które nigdy się nie powtórzą.

 

Moja rodzina przed dworem w Bachorzy - 1939 rok. Autor nieznany.

 

Zawsze z zainteresowaniem słuchałem opowieści moich bliskich, gdy oglądali rodzinne fotografie. Mówili o ludziach, których nie znałem, a którzy byli moimi przodkami oraz o okolicznościach wydarzeń uwiecznionych na zdjęciach. Chciałem i ja mieć wkład w utrwalanie pamięci, chciałem opowiadać o historii. 


Wielu miało takie postanowienie - wytrwali nieliczni... 
- Pewnie miałem więcej zapału, ale i szczęścia, bo dość szybko zaczęto mi zlecać "fotoobsługę" szkolnych wydarzeń. A to było kolejne wyzwanie: musiałem nauczyć się robienia reportaży. Jeśli moje zdjęcia mają zawisnąć w szkolnej gablocie - myślałem - muszą być najlepsze, na jakie mnie stać. Zacząłem więc zastanawiać się, jak prozaiczną w gruncie rzeczy sytuację pokazać interesująco, inaczej niż inni. l tak, z przypadku, stałem się dokumentalistą. W moich internetowych galeriach jest prawie dwadzieścia tysięcy zdjęć dokumentujących czas, który minął... 

 


Czymś naturalnym byłoby, gdyby otworzył pan zakład fotograficzny. 
- A po co? Za bardzo pokochałem fotografię jako sztukę, by zamykać się w rzemieślniczej ciemni. Nie powiem, robiłem różne "chałtury" (reportaże ślubne itp.), by zdobyć pieniądze na lepszy sprzęt. Poza tym czułem potrzebę szkolenia i edukowania młodzieży; jestem przypadkiem "wiecznego" instruktora... Nie, nie czułem w sobie rzemieślnika. Moim marzeniem było coś więcej, niż zarabianie pieniędzy. Rozwijałem w sobie umiejętność opowiadania obrazem, dzielenia się pięknem i emocjami... Chciałem być fotografikiem, a wówczas byłem co najwyżej fotografem z ambicjami... 


Jaka to różnica? 
- Jak między rzemieślnikiem i artystą. 

 

 "Słowik" Christiana Andersena. Sztuka wystawiona przez

 Dziecięcy Teatr Lalek "Skrzat" w Cukrowni. Fot. Michał Kurc. Rok 1967.

 

Pierwszy dba o jakość techniczną oferowanego produktu, drugi - myśli przede wszystkim emocjami. Był czas, gdy pasjonowała mnie mikrofotografia; robiłem zdjęcia drobniutkim kwiatom, źdźbłom traw, czy owadom, a przecież pszczoła nie kupi swojego portretu...
Boleję nad tym, że dziś, gdy właściwie każdy ma aparat, nic nie wynika z mnogości zdjęć. A życie jest wielkim teatrem; trzeba jedynie popatrzeć na niego przez "filtr" własnej wrażliwości...


... tylko gdzie nabyć tę wrażliwość? Dziś kółka fotograficzne czy teatralne to rzadkość...
- Wielość atakujących nas obrazów ogłupia; nie daje czasu na myślenie, na ich przeżywanie. Wolny rynek niszczy kulturę - i wyniszcza nas... Komercja wykończyła domy kultury: "Chcecie uczyć fotografii? - to zaróbcie, bo w kasie miasta, czy gminy nie ma na to pieniędzy!”. 

Dokonał się samosąd na pięknej idei, która miała (i nadal ma!) ogromne zadanie do spełnienia: zachować pierwiastek duchowy... Miotamy się, nie wiemy, jak wybrnąć ze ślepego zaułka beznadziei, w którą wpędzają nas także ci, co mówią; „Jak jest bieda, to nie daje się pieniędzy na kulturę...”. A takie słowa to najcięższy grzech - zaniechania wychowywania pokolenia, które sprawia kłopoty, choć mogłoby ich nie sprawiać, gdyby dostało szansę rozbudzenia drzemiących w nim talentów i zainteresowań... 
Kiedyś ogłosiłem, że będę uczył fotografować uczniów czwartych klas. Owszem, rodzice przysłali dzieci, ale - jak się okazało - licząc, że nabędą one umiejętności pozwalające im kiedyś... otworzyć zakład fotograficzny. Nie po to, aby były bardziej uwrażliwione na sztukę, ale by mogły zarabiać pieniądze! Na naszych oczach, gorzej, przy udziale wielu z nas, rozgrywa się dramat duchowego jałowienia... Ale cóż, otrząsnąłem się i dalej robię swoje... 


I przegrywa pan na starcie - ludzi pan nie zmieni... 
- Bynajmniej! Jestem wierny sobie i to jest moje zwycięstwo. Pokazuję, że mimo wszystko można (i warto!) trwać przy swoich pasjach i widzeniu świata. Utwierdzają mnie w tym przekonaniu osoby, które oglądając moje e-galerie, dzielą się swymi przemyśleniami - i to jest cudowne... 

 

 

Sent: Wednesday, September 17, 2008 1:32 PM

Subject: po wizycie w galerii 

 

Szanowny Panie Michale, 

Piszę z przeciwległego końca Polski - z północno-zachodnich, lesistych kresów Wielkopolski, którą przed rokiem Pan odwiedził i pięknie udokumentował. Ze wzruszeniem obejrzałam dowody Pańskiej sympatii do Kórnika i poznańskiej Starówki, w pobliżu, której mieszkałam wiele lat, a i dziś bywam regularnie, pracując na poznańskiej uczelni. Szczególnie urzekły mnie Pańskie wizje przyrody (przypomniałam sobie własne spacery nad Liwcem, choć znacznie bliżej Warszawy...) I życia religijnego, a może nawet wiary (temat architektury sakralnej też jest mi bliski; w ubiegłym roku wydaliśmy z przyjaciółmi duży albumowy przewodnik po zabytkowym kościele z naszego miasteczka). Jak Pan widzi, nawet wędrowiec z dalekich stron po obejrzeniu Pańskiej galerii nie tylko czuje turystyczny imperatyw, by odwiedzić kiedyś Węgrów i Sokołów, ale jeszcze znajduje bliskie własnemu sercu tematy i nastroje. Może to najlepszy wyznacznik czyjegoś artyzmu, gdy nieznajomy przechodzień powiada - Tak, to o mnie. 

 

Jeszcze słowo o tym, co mnie do Pańskiej galerii przywiodło. Otóż były to fotografie z ubiegłorocznego koncertu Pani Edyty Geppert w Węgrowie. Znakomite. Jedna z nich - druga w kolejności, tuż poniżej Pańskiego komentarza - zapadła gdzieś we mnie głęboko i ciągle na mnie patrzy. Mam przyjemność znać Panią Edytę; od lat z szacunkiem i sympatią śledzę jej artystyczną drogę. Wiele razy ją portretowano, nierzadko świetnie. Ale mam wrażenie, że jakąś ważną prawdę - o niej, o nas, o życiu - Pan zatrzymał w kadrze jako pierwszy. 

 

Serdecznie Pana pozdrawiam z nad Warty

Patrycja Tomczak

 

Są jeszcze ludzie, którzy walczą o siebie, wrażliwi, którzy - wiem o tym z ich listów - dbają o duchowość swoich dzieci zachęcając je do tworzenia, do realizacji własnych pragnień. 
Powiem tak: niech pretensję, że młodzież często sprawia kłopoty wychowawcze, mają do siebie także ci, co blokują młodym dostęp do szeroko rozumianej kultury. Nie ma klubów i kółek zainteresowań - są szwendający się po ulicach. Będą więc straty materialne i te najgorsze - duchowe. 
W sferze działalności kulturalnej - i to jest nie mniejszy grzech - króluje amatorszczyzna i niekompetencja. Tak jak kiedyś "rzucano do pracy w kulturze" zaufanego towarzysza tak dziś powierza się jej kreowanie indolentowi z "politycznego klucza”, który - choć nie ma odpowiedniego przygotowania - dostanie posadę "aminatora kultury”, choć równocześnie ubiega się o nią osoba z osiągnięciami i (najważniejsze) głową pełną pomysłów.

 
Na układy nie ma rady? 
-Oj, tak - wiem coś o tym... Propagatorzy kultury ciągle są traktowani jak niewygodni nawiedzeńcy, bo niemieszczący się w schemacie słynnego "bmw": "bierny - mierny - wierny". Kultura jest wymagająca aby mogła rozkwitnąć, potrzebuje dobrze przygotowanych animatorów i zaplecza technicznego. Mam wrażenie, że krzewienie kultury jest znowu misją realizowaną przez "Siłaczki i Judymów”, jak w XIX wieku! Wątpiący i pytający zaś są zawadą dla decydentów, bo absorbują ich uwagę, gdy oni wolą zajmować się rozgrywkami politycznymi.

Fotografię wykonałem w 2004 r. po odejściu

z pracy w WOK na wcześniejszą emeryturę.

 

Ludzie poszukują miejsca dla siebie. Odpycha ich schematyzm myślenia i "urzędnicze" podejście do spraw ducha (także w Kościołach), lgną zaś do tych, co mają w sobie ogień, wizję i potrafią ją realizować. Boimy się zdziczenia, na które skazują nas media i, pożal się Boże, decydenci różnych szczebli, którzy nie pojmują, że jak będziemy wspierać kulturę, to mniej będzie bezdomnych, frustratów, mniej wybitych szyb, za to bezpieczniej na ulicach. A czego efektem jest, przepraszam, chamski język polskiej polityki? To jest najbardziej dosadny przykład skutków upadku kultury...


Dziękuję za rozmowę.

 

KRZYSZTOF MAZUR

 

______________________

Źródło: Tygodnik Siedlecki nr 27 z 7 kwietnia 2013 roku.


Copyright © design and photos by Michał Kurc